Nieczęsto zdarza mi się coś takiego powiedzieć o filmie, bo naprawdę rzadko coś mnie rusza. Mam wysoką tolerancję na dziwność, obrzydliwość i „ambitne kino”. Ale The Substance to nie jest po prostu zły film. To nie jest też film kontrowersyjny. To coś... niemożliwego do sklasyfikowania. To atak na widza, który udaje sztukę. Wiedziałam, że będzie źle. Czytałam recenzje, słyszałam ostrzeżenia. Ale nie da się przygotować na to, co ten film serwuje.
Główna bohaterka dostaje szansę na odnowę. Brzmi ciekawie. Metafora, starzenie, kobiecość. Można by z tego zrobić coś naprawdę wartościowego. Ale nie, ona celowo dąży do samozagłady. I nie w sposób głęboki czy dramatyczny, tylko… bezsensownie, masochistycznie, obrzydliwie. A jeśli to miało być kino feministyczne, to chyba w wersji reżyserowanej przez bardzo pogubionego mężczyznę z lat 70. Bo nagość, sposób przedstawienia kobiecego ciała, końcowa scena wyjścia „tej drugiej formy”... To wszystko jest po prostu niekonsekwentne i dziwnie uprzedmiotawiające.
Wygląda to tak, jakby ktoś przyszedł do studia z walizką pieniędzy i powiedział: „Chcę zrobić najgorszy interes życia. Dajcie mi kamerę, Demi Moore i beczkę psychicznego lateksu.”